“Kolęda” Charles Dickens

charles-dickens-opowiesci-wigilijne-koleda-proza-cover-okladkaCo roku obiecywałam sobie, że tym razem przed Świętami przeczytam „Opowieść Wigilijną” i co roku mi nie wychodziło. Znałam oczywiście tę historię bardzo dobrze z bajek i filmów na podstawie opowiadania, nie od dziś jednak wiadomo, że lektura to co innego. W tym roku znów miałam takie postanowienie, zwłaszcza z uwagi na akcję #CzytamDickensa, ale niestety czas mnie pokonał. I kiedy dziś skończyłam w końcu „Olivera Twista” (którego tak naprawdę czytałam dwa dni, bo przed Świętami przeczytałam trzy rozdziały, a potem nie miałam czasu na powrót do lektury aż do wczoraj) pomyślałam sobie, że trudno – może i jest już po Świętach, ale choinka wciąż się świeci i wciąż słychać kolędy, zatem biorę się do lektury.

W tym miejscu muszę się przyznać, że zawsze myślałam, że Dickens napisał tylko jedną Opowieść Wigilijną – tę znaną wszystkim historię o Ebenezerze Scrooge’u. Bardzo się zdziwiłam, że tak naprawdę opowieści wigilijnych autor stworzył kilka, a pod tą nazwą zagościła w naszej świadomości najpopularniejsza z nich – „Kolęda prozą”. Po dzisiejszej lekturze, planuję już poszukiwanie i zakup całego zbioru Opowieści Wigilijnych, które ukazały się w Polsce w 1958 roku.

Fabuła opowiadania jest znana pewnie każdemu dziecku i dorosłemu na świecie. W dniu Wigilii Bożego Narodzenia, Ebenezer Scrooge, chciwy, samotny i nienawidzący wszystkich wokół finansista, zostaje nawiedzony przez ducha swojego nieżyjącego partnera w interesach Marleya. Zjawa, powłócząc ciężkimi kajdanami, kaja się przed byłym współpracownikiem i opowiada mu o mękach, które po śmierci wciąż jej towarzyszą, a także zapowiada, że Ebenezer przez trzy kolejne noce zostanie nawiedzony przez trzy zjawy, które być może (oby!) spowodują zmiany w zachowaniu, życiu i losie po śmierci finansisty.

Zgodnie z zapowiedzią Marleya, Scrooge przez trzy noce, następujące po sobie magicznie bez chwili przerwy, jest nawiedzany przez zjawy. Są to duchy Przeszłych, Tegorocznej i Przyszłych Wigilii. Widma te ukazują bohaterowi kolejno jego losy, od dzieciństwa, przez szczęśliwe lata młodzieńcze, do postępującego osamotnienia powodowanego rosnącym skupieniem się na pieniądzach. Następnie oczom Scrooge’a ukazuje się teraźniejszość i to, jak jest jest postrzegany przez jedynego krewnego oraz na jaki los skazany jest jego, Scrooge’a, pracownik. W końcu Ebenezer dowiaduje się, jak jego śmierć wpłynie na losy innych ludzi. Pod wpływem tych wizji bohater ulega przemianie. Budzi się w nim współczucie i radość życia. Przypomina sobie dawne wartości  i postanawia kompletnie zmienić swoje życie.

„Kolęda” to przykład apelu do bogaczy, którym Dickens chciał obudzić uczucia i doprowadzić do zmniejszenia nierówności panującej w społeczeństwie angielskim. Ale przede wszystkim jest to ponadczasowa opowieść o podstawowych zasadach moralnych, którymi powinniśmy się kierować w życiu. Dickens naucza, że nasze zachowanie ma ogromny wpływ na innych i że mamy władzę wpływania na ich nastrój i życie – zwłaszcza jeśli jesteśmy pod jakimś względem w wyższości wobec nich, np. jako pracodawcy. Pokazuje również, że inteligencja to nie tylko mądrość, ale też  umiejętność właściwego widzenia i interpretowania otaczającej nas rzeczywistości. Wskazuje na dwa największe nieszczęścia ludzkości – ciemnotę i nędzę – i uczy, że nie możemy zezwalać na ich istnienie, musimy walczyć z nimi każdym dostępnym środkiem. A także pokazuje, że należy być wiernym sobie. Nie należy zwracać uwagi na to, że inni się z nas śmieją, ponieważ nie widzą oni jeszcze sensu naszych działań.

Abstrahując od ogólnego wydźwięku „Kolędy”, który mówi o tym, że należy być współczującym, działać na rzecz potrzebujących oraz że możemy w każdej chwili zmienić swoje życie, powyższe nauki to cztery największe lekcje, jakie wyciągnęłam z dzisiejszej lektury. Ale jestem pewna, że za rok przeczytam ją ponownie i znajdę w niej coś jeszcze, za rok znowuż i tak za każdym razem. Bo jest to jedna z tych historii, które jak drogowskaz wskazują drogę do celu, ale przy okazji podróży zawsze stwarzają okazję do dostrzeżenia czegoś nowego.

 

Reklamy

“Oliver Twist” Charles Dickens

oliver-twistJuż od dawna chciałam zapoznać się z twórczością Charlesa Dickensa, ale jakoś zawsze miałam co innego do czytania. Kiedy więc Olga z Wielkiego Buka ogłosiła akcję #CzytamDickensa na Święta, stwierdziłam, że jest to idealny moment, aby rozpocząć moją znajomość z tym pisarzem. Tak jak autorka akcji postanowiłam przeczytać w okolicach Świąt „Olivera Twista”, niestety skończyłam go dopiero dzisiaj i, co za tym idzie, dopiero dziś mogę o nim napisać.

Charles Dickens był pisarzem zaangażowanym. Ponieważ sam miał ciężkie dzieciństwo, w czasach, kiedy nie bardzo przejmowano się ubogą częścią społeczeństwa, pisał utwory, które poruszały problemy najbiedniejszych i opisywały ich smutne życie. Jego powieści i opowiastki miały niejako wywołać rewolucję. Albo poprzez ośmieszenie obowiązujących praw i niesprawiedliwości w postępowaniu z ludźmi, albo poprzez apelowanie do uczuć klasy wyższej i wywoływanie u niej współczucia i chęci dzielenia się z potrzebującymi.

„Oliver Twist” jest przykładem dzieła, w którym Dickens uderzył w społeczeństwo i prawo brytyjskie humorem i satyrą. Akcja tej wspaniałej powieści toczy się w Anglii w XIX wieku i poznajemy w niej efekty wprowadzonego w 1834 roku nowego prawa ubogich. Prawo to zlikwidowało wszystkie zasiłki i zapomogi, aby zmusić lud do pracy za głodowe pieniądze – było to głównym jego celem. Jedyną dopuszczalną formą pomocy było zakwaterowanie w przytułku, gdzie otrzymywano złe wyżywienie, szerzyły się choroby, a prowadzący mieli często sadystyczne skłonności.  Ponadto prawo miało za zadanie zmniejszyć wydatki na ubogich, dlatego w przytułkach rozdzielano rodziny, aby ograniczyć liczbę urodzeń. Ogólnie przepis ten, zamiast pomóc ludziom wyjść z biedy, doprowadzał do stopniowego unicestwienia najuboższej klasy społecznej – zarówno poprzez warunki panujące w ośrodkach pomocy, jak i poprzez nieoficjalną kontrolę urodzeń.

W takim właśnie przytułku przychodzi na świat Oliver Twist. Jego matka umiera przy porodzie. Jako sierota bez żadnych pieniędzy chłopiec musi więc od początku swojego życia być na utrzymaniu „życzliwego” państwa. W przytułku Oliver spędza kilka pierwszych lat swojego życia i jest tam uważany za niezwykle ciężki przypadek, zwłaszcza po tym, jak podpuszczony przez kliku rówieśników, doprasza się o dokładkę skąpej kolacji. Z powodu tej niewdzięczności, władze postanawiają jak najszybciej pozbyć się problemu w osobie dziewięciolatka i sprzedają go na naukę do przedsiębiorcy pogrzebowego, skąd niewiele później chłopiec ucieka i trafia do wielkiego Londynu. W wielkim mieście dziecko bardzo szybko wpada w złe towarzystwo, ale jako uczciwy chłopiec będzie się bardzo starał, aby się do niego nie dopasować.

Dzieciństwo Olivera to przykład tego, jak wyglądał los ludzki, jeśli się miało nieszczęście urodzić w ubogiej rodzinie. Pozbawiony w zasadzie wszelkich praw, skazany na łaskę i niełaskę bezdusznych urzędników, nieposiadający prawa do głosu obrony i do walki o przetrwanie, manipulowany, wyszydzany, wzgardzany, pozbawiony poczucia własnej wartości człowiek jest igraszką w trybie przepisów i osobistych potrzeb ludzi trzymających władzę. Panujące przepisy wtłaczają w pewien schemat, z którego nie ma jak się wydostać i zmienić swojego losu w godny i uczciwy sposób. Poprawa losu możliwa jest tylko poprzez przekręty, okrucieństwo i wyzysk słabszych, które jeszcze bardziej nakręcają ten zepsuty mechanizm angielskiego społeczeństwa.

„Oliver Twist” to również bardzo dokładny, naturalistyczny obraz Londynu. Londynu należącego do biedoty, hołoty, rzezimieszków i przestępców. To Londyn pełen ubóstwa, smrodu, głodu. To szczury, brud, występek, niebezpieczeństwo i brak jakichkolwiek zasad. W mieście tym żyją najgorsze szumowiny, takie jak Fagin oraz Bill Sikes – do cna zepsute osobniki, żerujące na dzieciach i słabszych. Czerpiące zyski z kradzieży i wykorzystywania innych, do cna zdegenerowane jednostki. Jest tam również miejsce do bohaterek niejednoznacznych, jak Nancy, które wychowane w zepsuciu i zdeprawowaniu, potrafią jednak zdobyć się na akt łaski, nie potrafiąc jednocześnie zmienić samych siebie. To w końcu miejsce gdzie żyją dzieci i młodzież w rodzaju Przemyślnego Krętacza czy Karolka Batesa, którzy wciągnięci przez dorosłych w życie przestępcze, mimo że sprowadzeni już czas jakiś temu na złą drogę, wciąż cieszą się życiem i myślę, że przy odpowiednim pokierowaniu, wciąż mieliby szansę na rozpoczęcie lepszego, uczciwszego życia. Prawdziwy przekrój osobowości serwuje nam Dickens w tym plugawym mieście i choć wywołują w nas one często pogardę, to przyznać trzeba, że opisane są wybornie. Autor przedstawia bohaterów w tak dosadny i odpychający sposób, ponieważ chce nas przestrzec przed ich losem, a nie zachęcić do łotrzykowskiego życia pełnego przygód, gdyż jak sam pisze w przedmowie „występek zaś poślubiony wstążeczkom i barwnym strojom, zwyczajem mężatek zmienia nazwisko i staje się Romantycznością”.

„Oliver Twist” to wspaniała lektura, dla młodych i starszych czytelników. Powieść jest doskonałym sposobem na poznanie obrazu społeczeństwa XIX wiecznej Anglii, na wzruszenie się ludzkim losem, na wyciągnięcie nauk, które chce nam przekazać autor, a przede wszystkim na uśmianie się po pachy, ponieważ Dickens w tym utworze sięga na wyżyny posługiwania się satyrą, wywołując u czytelnika niepowstrzymane chichoty przez większość lektury. Polecam serdecznie!

Jestem z powrotem

Sama nie wiem jak to się stało, że od zakończenia BookAThonu minęły już ponad 3 tygodnie, a ja tu nic nie napisałam. Na początku chyba musiałam trochę odsapnąć, a potem wpadłam w wir grudniowego zamieszania i jakoś tak wyszło, że zaniedbałam to miejsce. Ale jestem z powrotem. Coś tam poczytałam przez ten czas, choć niewiele, jutro pojawią się zatem zaległe recenzje. Na pewno dwie, jeśli się uda to trzy, a wersji bardzo optymistycznej nawet cztery. Od Nowego Roku wracam do regularnego czytania i pisania i postaram się być tutaj ze dwa razy w tygodniu, a u Was codziennie.

Myślałam nad wyzwaniami czytelniczymi na rok 2016 i jak na ten moment, na pewno wezmę udział w dwóch:

organizowane przez Olgę Wielkobukowe Wyzwanie 2016

oraz

organizowany przez moją koleżankę Ewelinę Mini czelendż 2016

Jeszcze nie wymyśliłam czy będę robić jakiś specjalne zakładki do śledzenia wyzwań. Na razie przejrzałam kategorie i wiem już, że zapowiada się wyborny czytelniczy rok.

Jako, że rok 2016 jest rokiem Henryka Sienkiewicza planuję również odświeżyć sobie Trylogię, a jak mi będzie mało, to może i nawet Quo Vadis 😉

Zatem do jutra 🙂

Podsumowanie BookAThonu

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Przez ostatni tydzień udało mi się odbyć kilka naginających czas i przestrzeń podróży. Zamieszkałam na maleńkiej wysepce w przepięknej Szkocji. Zwiedziłam Indie lat 80. XX wieku, piękne, kolorowe, ale też smutne i ubogie. Cofnęłam się w czasie do końcówki wieku XIX i obserwowałam walkę doktora Judyma o polepszenie bytu najuboższych. W Gdańsku próbowałam rozwiązać tajemnicę medalionu z bursztynem. Zapoznałam się również z niesamowitym i zabawnym Światem Dysku i czuję, że był to początek długiej, wspaniałej przygody.

W dniu wczorajszym zakończyła się zimowa edycja BookAThonu. Przeczytane książki były lepsze i gorsze. Oczywiście najbardziej męczącą lekturą byli „Ludzie bezdomni”, ale i tak nie było tak źle jak się spodziewałam. Najpiękniejszą opowieścią było na pewno „Brzemię rzeczy utraconych”. Najlepiej bawiłam się czytając „Kolor magii” – tak dobrze, że kolejną część już zakupiłam.

Nie zdążyłam niestety przeczytać „Tajemnicy domu Helclów”, ale ją zaczęłam i recenzja pojawi się w najbliższych dniach.

Pomimo przeczytania tylko pięciu książek, uznaję maraton za zakończony sukcesem. Nieprzeczytana pozycja była moim wyborem na dzień szósty, w którym przeczytać należało książkę polskiego autora i to zadanie wykonałam czytając zarówno „Ludzi bezdomnych”, jak i „Medalion z bursztynem”. Spełniłam również wymóg przeczytania minimum 1500 stron, gdyż nawet bez ostatniej książki, przeczytałam stron 1691.

Jestem bardzo zadowolona z udziału w BookAThonie. Świetnie się bawiłam, przeczytałam sporo fajnych pozycji i zmobilizowałam się, aby w końcu ruszyć z blogiem.

Czas teraz na czytanie i pisanie bez bookathonowej mobilizacji. Na pewno będzie równie pysznie!

“Medalion z bursztynem” Anna Klejzerowicz – BookAThonu dzień 5

indeks

Piąty dzień BookAThonu oznaczał spędzenie czasu z książką, wybraną dla mnie przez kogoś innego. Wskazała ją moja koleżanka z byłej pracy Ewelina, która również prowadzi bloga, za co jej bardzo dziękuję. Byłam ciekawa co wybierze, ponieważ nasze gusta czytelnicze raczej się różnią i przypuszczałam, że wybierze coś, po co sama raczej bym nie sięgnęła. I tak trafiła do mnie powieść polskiej autorki „Medalion z bursztynem”, która od razu urzekła mnie piękną okładką, bo takie naszyjniki to ja akurat uwielbiam i sama jestem szczęśliwą posiadaczką jednego z nich.

Opowieść rozpoczyna się w starej kamienicy w Gdańsku, gdzie Ewa z mężem porządkują mieszkanie odziedziczone po babce bohaterki. W starej komodzie znajdują ukrytą kopertę, zawierającą list oraz kunsztowny medalion z bursztynem. Okazuje się, że babcia przez całe życie ukrywała  wielką tajemnicę dotyczącą swojej rodziny, a matka Ewy wcale nie jest tym, za kogo się uważała. Od tego momentu śledzimy starania kobiety, aby, wraz z nowo poznanym dziennikarzem, rozwiązać zagadkę. Razem z bohaterami odwiedzamy liczne placówki pamięci narodowej i rozsiane po Pomorzu miejsca. Historia prowadzi nas do romansu z czasów II wojny światowej i porusza problem, jakim były wysiedlenia Niemców z obszaru Pomorza Gdańskiego w czasach powojennych.

Książka jest napisana lekko i szybko się ją czyta. Dialogi są proste, ale wiarygodne, również bohaterowie wypadają autentycznie. Bohaterka, ku mojej wielkiej radości, jest dosyć rozważna i nie podejmuje idiotycznych decyzji, które tak często irytowały mnie w podobnych książkach. Autorka oszczędza nam tanich zabiegów, które miałby sztucznie podnosić napięcie i akcja toczy się niespiesznie w kierunku zakończenia. I właśnie ono moim zdaniem zawodzi. Przez całą powieść Ewa i dziennikarz Jacek skrupulatnie zbierają strzępki informacji, cały czas błądząc we mgle i nagle trach! zagadka jest rozwiązana. Odebrałam to trochę, jakby autorka zobaczyła ile stron już napisała, pomyślała „pora kończyć” i po prostu napisała finał.

Elementem , który bardzo mi się nie podobał, było wprowadzenie w kilku momentach powieści monologów nieznanego nam, czarnego charakteru. Te wywody są mocno wulgarne i źle napisane. Fragment „Zrobię sobie jeszcze kawy. Czarnej jak odbyt śmierci. Bo sama śmierć to za mało. Za dobrze ją znam – jest szara.” jest moim zdaniem szczytem żenady. Tyrady te wygłaszane są przez postać z manią wielkości, która uważa się za nieomal boga i brzmią bardzo nienaturalnie. I mimo, że w toku późniejszych zdarzeń ta sztuczność jest w pewien sposób uzasadniona, uważam, że fragmenty te były niepotrzebne, nic nie wnosiły do akcji i tylko zaniżały poziom historii.

Pomimo niedociągnięć w konstrukcji zakończenia, książka jest przyjemna. Opowiedziana historia jest całkiem ciekawa i po przymknięciu oka na wywody szwarccharakteru może się podobać. To dobra lektura, jeśli mamy ochotę na lekką obyczajówkę z historią i tajemnicą w tle, w sam raz na jeden wieczór.

 

“Brzemię rzeczy utraconych” Kiran Desai – BookAThonu dzień 4

 

Desai_Brzemie rzeczy utraconych_mWyzwaniem na czwarty dzień BookAThonu było przeczytanie książki, która otrzymała nagrodę literacką. Początkowo skłaniałam się ku innej lekturze, ale potem wpadła mi u koleżanki w oko indyjska powieść uhonorowana Nagrodą Bookera w 2006 r. i urzeczoną feerią barw na okładce, postawiłam na „Brzemię rzeczy utraconych”.

Powieść przenosi nas do Indii w latach 80. XX wieku. Głównymi bohaterami są mieszkający w siedzibie o nazwie Czo Oju, w miasteczku Kalimpong,  sędzia Patel, jego wnuczka Sai i kucharz, a także syn kucharza, Bidźu, który wyjechał do Stanów Zjednoczonych w poszukiwaniu lepszego życia.

Historia toczy się niespiesznie. Postkolonialne Indie są wciąż krajem, w którym odczuwalna jest niższość Hindusów w stosunku do białych Brytyjczyków. Rdzenni mieszkańcy Indii są obywatelami gorszej kategorii, ale też sami czują się gorsi od swoich byłych kolonizatorów. Naturalnym jest, że rodzi się w nich sprzeciw. Jesteśmy świadkami nieporadnego napadu na siedzibę sędziego i obserwujemy rozwijający się ruch narodowowyzwoleńczy indyjskich Nepalczyków wraz z jego konsekwencjami dla społeczności Kalimpongu. „Gorkhaland dla Gorkhów” krzyczą partyzanci i bardzo szybko możemy zaobserwować ich przemianę z uciskanych na oprawców. Najmocniej skutki rebelii odczuwane są przez Anglików, którzy prowadzą w Kalimpong spokojne życie. Z biegiem czasu skala przemocy, której dopuszczają się buntownicy, staje się coraz bardziej zatrważająca.

Jednocześnie poznajemy przeszłość mieszkańców rezydencji, a także losy wielu mniej znaczących bohaterów, mimochodem i nienachalnie wplecione w opowieść. Sędzia Patel jest już na emeryturze. Jako pierwszy ze swej okolicy pracownik Indyjskiej Służby Cywilnej, zasługiwał wśród społeczeństwa na wielki szacunek. Niestety, od czasu pobytu na studiach w Wielkiej Brytanii, Patel z każdym dniem czuł się coraz mniejszy i nic nie warty. Sędzia wstydzi się siebie, tego że jest tylko brudnym Hindusem, i strach że ktoś mu to wytknie przekuwa się w nienawiść i pogardę do całego świata. Jedyna istota, którą kocha naprawdę i której nigdy nie skrzywdził, to jego suczka Mutt. Z czasem jego serce ostrożnie otwiera się również na wnuczkę, która nieoczekiwanie pojawiła się w jego życiu.

Sai była wychowana przez siostry zakonne w duchu zachodniej cywilizacji. Gdy jej rodzice zmarli, trafiła do dziadka. W Czo Oju jest osamotniona i nie ma żadnych przyjaciół w swoim wieku. Przybycie korepetytora Gjana sprawia, że dziewczyna rozkwita i przeżywa swoje pierwsze zauroczenie. Zakochany w dziewczynie Gjan któregoś dnia zostaje wciągnięty w demonstrację separatystów. Poraża go ich siła i wiara w swoje przekonania. On również chce wierzyć w coś istotnego. Zaczyna dostrzegać dzielące jego i Sai różnice i utożsamiać dziewczynę ze wszystkim czego nienawidzi.

Kucharz pracujący dla sędziego „był rozczarowany tym, że pracuje dla Dźemubhaia. Wielka degradacja, myślał, bo ojciec służył przecież tylko białym.” Jego sposób myślenia jest charakterystyczny dla Hindusów. Są oni zachwyceni możliwością służby dla białych, ponieważ uważają, że praca dla swoich rodaków zmniejszyłaby ich prestiż. Tkwią zatem w starym porządku i nie dopuszczają możliwości zmiany. Chcąc lepszego życia dla syna, Kucharz robi wszystko, aby wysłać go do Stanów Zjednoczonych, nie widzi szans na godne życie chłopaka w ojczyźnie.

Ameryka to wielokulturowy świat, w którym idąc do restauracji francuskiej, otrzymujesz posiłek przygotowany przez Meksykanina, Hindusa i Pakistańczyka.  Życie w niej nie jest jednak, wbrew obietnicom, amerykańskim snem. Przybywają tam całe rodziny z Indii, a także innych państw, co sprawia, że rynek pracy przesycony jest tanią siłą roboczą. Nawet gdy Bidźu pracuje dla swoich rodaków, jest wyzyskiwany do granic możliwości. W synu kucharza narasta coraz większy konflikt pomiędzy wartościami, które wyniósł z Indii, a stylem życia w USA. Zresztą nie tylko w nim. Hindusi, dla których pracuje, przyznają, że pracują w Stanach, choć ich nienawidzą i wyrzekają się swoich wartości tylko dla pieniędzy, które uspokajają ich sumienie. Jednocześnie Bidźu „spostrzegł, że czuje respekt przed białymi, którzy przypuszczalnie narobili w Indiach najwięcej szkód, oraz brak wyrozumiałości dla niemal wszystkich innych, którzy nigdy nie wyrządzili Indiom najmniejszej krzywdy.”

Te wszystkie historie splatają się w obraz Indii. Nie są to jednak Indie, które możemy zaobserwować w filmach Bollywood – roztańczone, roześmiane i radosne. Państwo przedstawione w książce to przede wszystkim kraina biedy, brudu, poniżenia i kompleksów rdzennych mieszkańców.

Te historie to również obraz nierówności ekonomicznej na świecie i globalizacji. To portret przemocy, jaką stosują wobec siebie ludzie. To historie wstydu, dumy, nienawiści, miłości, szacunku i pogardy. To dowód na to, że zbyt mocna wiara w swoje przekonania, może być niebezpieczna. To opowieść o współczesnym świecie, której akcja rozgrywa się u podnóża góry Kanczendzongi, ale mogłaby się rozgrywać, z niewielkimi zmianami,  w każdym innym miejscu na świecie.

Dziennikarka The Guardian obiecuje na tylnej okładce, że powieść jest „wypełniona przepięknymi krajobrazami, egzotycznymi smakami i zapachami” i pomimo, że nie doszukałam się w opowieści egzotycznych smaków to muszę się zgodzić, co do pięknych krajobrazów. Autorka obrazowo, ale nie rozwlekle, opisuje przyrodę Indii. Opis wilgoci w porze monsunowej prawie doprowadził mnie do kataru. Zachwycił mnie opis różnorodności dźwięków wydawanych przez padającą wodę:

„Z każdej strony rozlegał się dźwięk płynącej wody – brzmiał tłusto na oknie, jak pukawka na liściach bananowców i blaszanym dachu, delikatniej i niechlujniej na kamieniach werandy, bulgotał grubym głosem w rynnie okalającej dom jak fosa. Były też odgłosy pędzącego strumienia, wody tonącej w tej wodzie, rur wymiotujących deszczówkę do beczek, przelewających się beczek, delikatnego nasączania mchu.”

Piękna, wesoła okładka tej książki sprawiła, że nastawiłam się do tej pozycji, jak do lekkiej lektury. Jest to cudowna, napisana przepięknym językiem historia, ale jednak wymagająca i często smutna. Sam tytuł „Brzemię rzeczy utraconych” sugeruje, ze ciężko tu będzie doszukać się szczęśliwego zakończenia.

 

“Ludzie bezdomni” Stefan Żeromski – BookAThonu dzień 3

ludzie-bezdomni_opracowaniemh410

Trzeci dzień BookAThonu stanowił dla mnie największe wyzwanie. Aby je wypełnić musiałam wybrać lekturę, której nie przeczytałam w szkole. Postanowiłam, że nie będę sobie niczego ułatwiać i wybiorę tę, do której czułam w liceum największą niechęć. Stało się zatem dla mnie oczywistym, że przeczytam w końcu „Ludzi bezdomnych”.

Powieść przedstawia wycinek z życia doktora Tomasza Judyma. Poznajemy go w Paryżu, gdzie spotyka panny z wyższych sfer i ich nauczycielkę Joasię Przyborską. Następnie przenosimy się rok w przód, do Warszawy, gdzie doktor Judym stara się bez powodzenia prowadzić swój gabinet lekarski. Nieoczekiwanie Tomasz przyjmuje ofertę pracy jako asystujący lekarz w uzdrowisku w Cisach.

Urodzony w rodzinie robotniczej Tomasz  otrzymał szansę od losu, zdobył wykształcenie i lepszą pozycję i teraz chciałby spłacić dług wobec społeczeństwa, który w jego mniemaniu posiada. W czasach (końcówka XIX w.), gdy przedmiotem zainteresowania społecznego jest klasa wyższa i to wokół niej skupia się większość uwagi – także medycznej, Tomasz w ramach spłaty swego długu pragnie pracować dla ludu. Jest wizjonerem i idealistą. Uważa, że powołaniem lekarza, oprócz oczywistego leczenia, jest uświadamianie i wpływanie na społeczeństwo. Chce zwrócić uwagę na to jak ważnym dla zdrowia najuboższych jest życie w godziwych warunkach, zachowanie higieny, dostęp do świeżego powietrza i wody, a także zadbanie o bezpieczeństwo pracy przez pracodawców. Niestety, gdziekolwiek nie przedstawiałby swoich poglądów, spotyka się z lekceważeniem i niechęcią. W Cisach będziemy mogli obserwować jego walkę o swoje przekonania, a także rozkwitające uczucie pomiędzy nim, a spotkaną ponownie Joanną.

Książka powstawała w epoce modernizmu, dlatego pełna jest wszelkiego rodzaju opisów. Naturalistyczne opisy najbiedniejszych części miasta, żydowskich dzielnic, regionów przemysłowych spotykają się z impresjonistycznymi opisami przyrody. Żeromski bardzo szczegółowo opisuje niektórych bohaterów, pomieszczenia, budynki, pogodę, a także sceny z pracy w fabryce tytoniu, przetwórni stali czy kopalni. Wprowadza również do powieści obszerny fragment dziennika Joanny, który wypełniony jest jej przemyśleniami na temat kultury, wychowania młodzieży, emancypacji kobiet, pracy nad sobą, życiowej misji, a także tęsknoty za rodziną, śmierci, przemijania. Wszystkie te opisy, wraz z częstymi archaizmami językowymi, sprawiają, że książka jest ciężka w odbiorze, momentami wręcz nużąca i nieciekawa. W moim odczuciu jest to największy minus powieści – przestarzała, męcząca forma utrudnia skupienie się i docenienie treści. Z drugiej strony, opisy te składają się na bardzo wierny obraz miasta w czasach Młodej Polski i dają nam możliwość nieomal realnego obcowania w ówczesnym świecie.

„Ludzie bezdomni” to opowieść o Tomaszu Judymie i jego ideałach, ale też o poświęceniach które należy ponosić, aby móc patrzeć sobie w oczy każdego dnia, o odwadze w głoszeniu swoich przekonań, o kompleksach wynikających z pochodzenia, o poczuciu winy z powodu wyrzeczenia się swoich korzeni, a także o walce pokoleń, o cichej walce z zaborcą, o nierównościach społecznych. Jak wspomniałam wcześniej, powieść czyta się ciężko i powoli, ale jeśli wykrzeszemy z siebie choć trochę zaangażowania w lekturę, może się okazać, że ta poetycka opowieść skradnie nasze serce. Mojego na razie nie skradła, ale myślę, że w wolnej chwili wrócę do niej i spróbujemy jeszcze raz.

Wciąż wracam myślami do tych długich opisów przyrody i myślę sobie, że stosunek do nich jest trochę znakiem naszych czasów. Kiedyś żyło się dużo wolniej, dużo spacerowało i rozmyślało, co dawało szansę na obserwację przyrody i szczegółowe jej opisywanie. W dzisiejszych czasach ciągle się spieszymy, jeździmy samochodami, skupiamy się na naszych telefonach zamiast rozglądać się dookoła. A skoro nie potrafimy docenić przyrody wokół nas, jak moglibyśmy zachwycać się pięknem natury, której nawet nie widzimy? A nawet jeśli doceniamy piękno otaczającego nas świata to czy poświęcamy mu na tyle uwagi, aby, jak Żeromski, znać nazwy wszystkich roślin i ptaków w naszym otoczeniu? Pamiętam, że gdy byłam jeszcze dzieckiem, rodzice na spacerach uczyli mnie nazw mijanych drzew  i kwiatów. Mam wrażenie, że obecnie takie informacje są traktowane jako nieistotne. Jeśli więc ktoś uważa, że historia opowiedziana w „Ludziach bezdomnych” nie jest obecnie zbyt aktualna, niech właśnie zachwyt naturą i jej znajomość będą wartością wyniesioną z lektury.